No niech ja sobie przypomnę jak to się wszystko zaczęło. A wiem! To wszystko wina Moni! 😉 To ona wymyśliła sesję, w której biały make up miałby zrobić zimę z dziewczyny. Weszłam więc na jeden z portali modelingowych, na których szukam modelek do współpracy i wybrałam kilka typów. Jeden podobał mi się szalenie! Ta dziewczyna miała COŚ… Spojrzenie? Usta? Niewidoczny na zdjęciach, ale wyczuwalny charakter? Pamiętam, że musiałam trochę poprzekonywać Monikę, że to dobry wybór i na szczęście uległa moim sugestiom. I co…? I do sesji nie doszło 😛 Zima kapryśna, bardziej deszczowa i śliska jak szklanka, niż śnieżna i pełna mroźnego słońca. Nie takiej zimy chciałyśmy do tych zdjęć. A gdy w końcu łaskawie przyszła, to ja już leżałam w szpitalu ze swoim wielkim 8-miesięcznym brzuchem 😉 I tak minął nam pierwszy rok znajomości, ograniczony głownie do planowania i przekładania, wymyślania kostiumu i godzinach pisaniny na FB 😉

Ale potem przyszła kolejna zima. Ja już nie miałam brzucha, który sprawiał mi psikusy. Psikus był zdrowy i jeszcze wtedy spędzał sporo czasu na spaniu w łóżeczku. Niestety zima była kapryśna nie mniej, niż poprzednia. Dużo deszczu i mrozu, mało śniegu i słońca. Aż w końcu spadł! Spadł śnieg, kiedy już nikt nie czekał na nadejście zimy. Raczej na jej rychły finisz, bo cała jej bylejakość dotrwała do połowy stycznia i nikt już na nic innego w zasadzie nie czekał. Tymczasem, totalnym cudem, nagle i niespodziewanie spadł śnieg, spadła temperatura i wyszło słońce. W 2 dni ogarnęłyśmy się ze wszystkimi potrzebnymi rzeczami i w jakąś dziwnym trafem wolną najbliższą sobotę zdarzyło się to:

Moja cudowna Żurnalistka zrobiła make up – bajkę. Niby taki prosty a jednak zupełnie nieoczywisty. To by dobry start. Potem już było tylko lepiej 😉 Byłam absolutnie oczarowana pracą z Natalią! Na co dzień szara, uśmiechnięta myszka, chowająca się za swoimi okularami i biegającymi po twarzy włosami, pod wprawną ręką Moni pokazała nam swoje inne, takie nieoczywiste, niewidoczne na pierwszy rzut oka, a jednocześnie zupełnie niezaprzeczalne piękno! Wszystkie trzy byłyśmy (i po prawdzie nadal jesteśmy 😛 ) zachwycone efektami tej sesji. Dla mnie to też był punkt zwrotny – pierwsza sesja tego typu robiona tylko i wyłącznie przy świetle zastanym. Poczułam, że zdałam jakiś egzamin 😉 Natalia i ja wiedziałyśmy od razu, że to dopiero początek naszej przygody :)

I tak minęło kilka miesięcy. Obserwowałam już profil Natalii na fejsie i widziałam, jak pracuje nad sobą i stara się rozwinąć. I to było super, bo czułam, ze nie osiadła na laurach, tylko naprawdę stara się być lepsza i lepsza w czym, co sprawia jej przyjemność a nawet nie przynosi korzyści materialnych 😉 Kiedy zatem maj wybuchł ciepłem, zielenią i kwiatami a ja w końcu mogłam złapać oddech weekendowo-majówkowy, postanowiłyśmy wykorzystać okazję, która się mogła już tak szybko nie powtórzyć (piękna pogoda + wolny czas to dla fotografa niełatwe zestawienie 😉 ). Monia już wtedy szykowała się do nadchodzących w jej życiu zmian, postanowiłam więc wziąć do współpracy Dorotkę. Nie pierwszy raz malowała mi do sesji, ale tym razem miało to być coś innego. I naprawdę było! Piękny kolorowy makijaż, połączony z kwiatami jabłoni stworzył efekt wiosny samej w sobie. Do tego jeszcze stara, świeżo wyprana firanka, piękne fale na włosach, wianek i … wiosna jak malowana! :)

I ponowne oczarowanie Natalią. Tyleż wdzięku i świeżości miała w sobie! Tyle śmiechu i zabawy. I te gesty! Kurcze! Żebyście mogli to zobaczyć na żywo! Jestem przyzwyczajona do tego, że to ja nadaję kształt modelce. Nie dlatego, że nie ma innej opcji, tylko dlatego, że trafiają do mnie głównie kobiety, które nigdy wcześniej nie stały przed obiektywem i jeszcze nie wiedzą jak się zachować, jak stanąć, jak ułożyć dłoń. A Natalia to wszystko wiedziała. Moja rola polegała na drobnej korekcie jej postawy, by nieczułym oku obiektywu wszystko wyglądało jak najlepiej. Całą resztę tej „brudnej roboty” odwalała Natalia. I byłam jej za to baaardzo wdzięczna. Bo to, co ona robiła z układem swego ciała, z pozami, gestami, minami… to ja bym nawet nie śmiała tak z nią! 😉

Sesja – ponownie udana i zaskakująco inna, niż to, co zrobiłyśmy zimą. I nie chodziło tylko o inny wygląda o inne miejsce inne warunki. Sama Natalia wydała mi się już inna: dojrzalsza i bardziej „wytrawna”. I było to super doświadczenie :) Na tyle super, że gdy odezwała się do mnie ponownie wczesną jesienią z zapytaniem: „Kajaaa….. nudzisz się może w niedzielę o świcie?”. Z dwoma etatami, dwójką dzieci,  w tym jednym półtorarocznym – pojęcie nudy jest opcją totalnie abstrakcyjną 😀 Ale mimo słabej prognozy (która się totalnie nie sprawdziła) postanowiłyśmy, że tak.. robimy to! Zatem w niedzielę, po pracowitej sobocie, wstałam o 4:30. O 5:30 byłam już zwarta i gotowa. Wsiadałam do auta gdy słońce było jeszcze poniżej linii horyzontu. Tym razem Natalia umalowała się sama. (Żadna z nas nie miałaby sumienia stawiać jakiejkolwiek wizażystki o tej porze na nogi 😀 )

(foto z backstge’u – Marek – mąż Natalii :) )

A najlepsze jest to, że sesja miała się nie udać, bo nad ranem wiał absolutnie przeraźliwy wiatr i było masakrycznie zimno. Zastanawiałyśmy się, czy wszystkiego nie odwołać. Ufff! Jakie szczęście, że tego nie zrobiłyśmy! 😀 Po raz kolejny wyszły nam świetne, chociaż zupełnie inne zdjęcia. Tym razem zostawiłyśmy na boku słodkie uśmiechy i powłóczyste, uwodzicielskie spojrzenia. I po raz kolejny pomyślałam sobie, że na moich oczach rozgrywa się coś w postaci dojrzewania albo raczej rozkwitania kwiatu zwanego potocznie Kobietą. Tak, tak… Natalia potrafi sprawić, że człowiek się czuje stary i brzydki, chociaż zupełnie nie robi tego specjalnie 😉

Kiedy już miałyśmy te 3 pory roku wiedziałyśmy, że nieuniknione jest zrobienie czwartej. Minęło więc 10 długich miesięcy, podczas których ja bardzo zmieniłam styl pracy, nauczyłam się rezygnować z rzeczy, które mnie nie rozwijają a Natalia zdążyła wyjść za Mąż 😉 Niełatwo było zgrać jej obecność w domu rodzinnym, mój grafik ślubno-pracowy i na dodatek ładną/sprzyjającą pogodę. Bo umówmy się: lato nas w tym roku nie rozpieszczało. Na szczęście znowu pojawiły się ciepłe dni, Natalia wróciła z podróży poślubnej, Dorotka miała znowu na nas czas i ochotę a ja miałam wolne popołudnie. A jeszcze na dodatek pan Michał zgodził się użyczyć swojej przestrzeni do części zdjęć. Dziękujemy!

I znowu powstało nam coś zupełnie niespodziewanego! Wystąpiło przede mną dojrzałe w swoją Kobiecość lato we własnej osobie, sunące ciepłą morską pianą po złotawym piasku, przelewające się przez palce żółtymi kolorami kwiatów, słoneczne i pachnące nawet wtedy, gdy nie ma słońca. Mieszające się soczystym złotem z opalonym brązem skóry. Trochę kapryszące, trochę obrażone. Straszące deszczem i rzucające ogniste spojrzenia spod swoich długich, czarnych rzęs.

I po tej sesji w końcu zrozumiałam co to było, za tym pierwszym razem, gdy tylko popatrzyłam na jej zdjęcia wyświetlające mi się niezgrabnie na monitorze, co mnie tak przyciągnęło, oczarowało. I chociaż uważam Natalię za naprawdę piękną kobietę, to nie jej wygląd mnie pociągnął, tylko…. Jej spojrzenie… I nagle zaczęła mi się śpiewać stara, kiedyś ukochana, piosenka olsztyńskiego zespołu:

„Czemu tak patrzysz, spod rzęs białozłotych
Czemu Twój uśmiech jest jak czarny motyl
I czemu zapraszasz ciągle niezdobyta
Nowością uległa, innemu odkryta”

[Czerwony Tulipan, Zazdrość]