Mniej więcej rok temu zniknęła z mojej oferty ślubnej opcja wykonana sesji ślubnej w tym samym dniu, w którym odbywa się ślub. Można by pomyśleć, że to cwaniactwo z mojej strony, bo sesja wykonywana innego dnia jest oddzielnie płatną usługą. Pomyślałam, że się po prostu wytłumaczę przed Wami, licząc na głębokie zrozumienie tematu.

Dlaczego TAK

Zacznę trochę jak w metodzie scholastycznej 😉 Udowodnię, że wiem dlaczego tak się przy tym upieracie, by zrobić wszystko naraz. Otóż… Ja rozumiem, że sesja wykonana w dniu ceremonii to dla Młodych wygoda: fotograf już na miejscu, fryzura jest, piękne stroje są, makijaż już gotowy, jakąś miejscówkę po drodze się znajdzie. Nie trzeba będzie się drugi raz męczyć w tych ciuchach, kombinować nic z włosami, płacić za make up, żebrać o suknię, tracić czas i wydawać kolejne pieniądze. Prawda….? Otóż…. przykro mi, ale… NIE!

Po pierwsze: STRES.

W dniu ślubu, nawet największe luzaki zamieniają się w zestresowane zombie. Przepraszam, ale taka jest prawda. Do momentu ceremonii Panna Młoda ledwo oddycha a Pan Młody jest nieprzytomny. Albo Panna Młoda nieustannie krzyczy a Pan Młody zamyka się w sobie. Po ceremonii zaczyna się natomiast tupanie nogą, żeby goście przypadkiem za długo nie czekali i kolejny stres, że coś się przeciąga, wydłuża, może goście już dawno się obrazili i sobie poszli. Trudno jest w takich warunkach wykrzesać z Młodych emocje inne, niż zdenerwowanie, zagubienie, zniecierpliwienie. A przecież nie to chcemy mieć na zdjęciach! :O I o ile nie jesteście parą świetnych aktorów, którzy zagrają swoją miłość jak na scenie filmowej, to proszę, weźcie pod uwagę, że na zdjęciu widać każde napięcie twarzy, każdy nerw, każdą nieobecność duchową. Okazja, jaką jest ślub daje nam przede wszystkim dwa momenty do utrwalenia Waszych uczuć: sam moment zaślubin oraz… sesja, na której powinniście się dobrze bawić, móc okazać czułość, radość, bliskość, więź, która jest między Wami. Dzień ślubu to dla Młodych naprawdę trudny (chociaż oczywiście również piękny) dzień. Często jednak przeżywany stres blokuje możliwość pełnego przeżycia go. Czy naprawdę chcecie zmarnować go na bardzo średnie zdjęcia ślubne ? Tak, tak, wiem…. Zaraz usłyszę argumenty: „a moja siostra miała sesję w dniu ślubu i zdjęcia były super”, ale to już trudno mi tu dyskutować, bo to po prostu zależy kto co lubi ;]

Po drugie: CZAS

Dzień ślubu to zwykle dzień nieustannego biegania 😀 Trochę to przypomina mi niektóre domy rodzinne na chwilę przed Wigilią, gdy okazuje się, że zabrakło cukru pudru do posypania ciasta i ktoś musi jeszcze lecieć do sklepu, bo przecież nie może być ciasta bez posypki! W tym czasie okazuje się, że przygotowany wcześniej obrus ma plamę i albo trzeba ją szybko zaprać i wyprasować raz jeszcze albo szukać nowego. Ostatecznie zapieramy plamę i prasujemy, żeby szybko wyschło, po czym się okazuje, że plama wcale nie zeszła, więc i tak musimy znaleźć nowy. W tym czasie tłucze się ulubiony półmisek na pierogi, żelazko przypala świąteczną bluzkę, telefon dzwoni jak oszalały a mąż zapomniał wynieść śmieci. Aaaaaa! Rozumiecie to? To samo dzieje się w dniu ślubu, tylko jeszcze gorzej 😉 Do opisywanego wcześniej stresu dochodzi jeszcze czynnik nieustającego braku czasu. Godziny przelatują jak z bicza strzelił i rzadko która para ma czas, żeby chociaż napić się tego dnia spokojnie herbaty. Jeśli ma, to już sukces. A gdzie tu wcisnąć sesję zdjęciową ? :O

Po trzecie: PORA

A nawet, gdy okaże się, że wszystko tak zostało rozłożone w czasie, by faktycznie można było wykroić spokojną godzinę na zdjęcia (chociaż mi się tak jeszcze nie zdarzyło, bo przecież do godziny zdjęć trzeba doliczyć jeszcze jakiś czas na dojazd, czyli w gruncie rzeczy wychodzą nam raczej 2 godziny) to okazuje się, że wypadają one gdzieś między 12:00 a 16:00. A wiecie gdzie o tej porze fotograf ma swój aparat? W torbie! Tak mawia mój Tata – fotograf i ja się zgadzam z nim w 100 procentach. I prowadzący najwspanialsze warsztaty fotografii ślubnej na świecie, czyli The Snap Shots, potwierdzili to oficjalnie 😛 Najpiękniejsze i w zasadzie jedyne słuszne, sesje ślubne wychodzą o wschodzie lub o zachodzie słońca: wtedy zdjęcia mają klimat, wtedy w powietrzu pachnie magią, wtedy jest romantycznie, czule. Wtedy światło ma najpiękniejszy kolor. Wystarczyło mi raz zasmakować w sesji robionej o takich porach, by wiedzieć, że tak! Tego chcę i na swoich fotach! No dobrze, ale umówmy się, że udało się nam wygospodarować godzinkę ok 19:30 – zaraz po pierwszym posiłku, pierwszym toaście, pierwszym tańcu. Taki był przynajmniej plan. Potem się okazuje, że życzenia pod kościołem trwały znacznie dłużej, niż myśleliśmy, że potrwają, goście bardzo długo szukali swoich miejsc przy stołach, kelnerzy roznosili posiłki tempem co najmniej niemrawym, DJ wcale nie spieszy się z rozpoczęciem zabawy, bo chce spokojnie zjeść i nagle okazuje się, że o 19:30 to Młodzi dopiero kończą obiad i mija jeszcze co najmniej pół godziny, nim odtańczą swój pierwszy taniec. A i wtedy zaraz rzucają się na nich goście z milionem spraw. Zamiast zacząć zdjęcia o 19:30, zaczynamy je jakąś godzinę później. Ja poczekam, ale słońce nie bardzo. Zachodzi nieubłaganie swoim rytmem nie czekając na niczyje pozwolenie.
I oczywiście, jest mnóstwo par, które powiedzą „a nasi znajomi mieli foty latem o 14:00 i wyszły suuupeeer! I znowu powtórzę: nie da się z tym dyskutować! :O Jeżeli podobają się Wam zdjęcia robione w samo południe, gdy najczystszy żar leje się z nieba, Młoda płynie w swojej wielowarstwowej sukni, Młody się rozpuszcza w garniturze, słońce daje w oczy tak, że nie sposób ich otworzyć, to mogę powiedzieć tylko jedno: NIE JESTEM fotografem, którego szukacie…

Po czwarte: MIEJSCE

Czasami jednak udaje się ustalić plan działania tak, że akurat około godziny 19:30 Młodzi są gotowi wyskoczyć na godzinkę na zdjęcia. Super! Niestety tylko teoretycznie. W praktyce zaczyna się nerwowe szukanie miejsca na zdjęcia. Mimo zapewnień Pary Młodej o tym, że dookoła jest las i jezioro i trawa, w rzeczywistości okazuje się być tylko ułudą. Pamiętajmy, że ludzkie oko, aczkolwiek jest genialne, potrafi równie świetnie nas oszukiwać 😉 A do tego dodajmy jeszcze wybredne informacje, które mózg wybiera skupiając uwagę tylko na tym, co mu akurat jest potrzebne i pasuje, żeby się okazało, że a i owszem: są lasy, są trawy, jest jezioro, ale to wszystko jest upstrzone reklamami, tablicami informacyjnymi, hydrantami, kablami, śmietnikami, parkingiem zapełnionym autami oraz szwendającymi się wszędzie ludźmi. Czy na serio TO chcecie mieć na zdjęciach ? ;> A jeśli nie to, to trzeba wyruszyć w mała podróż ergo stracić trochę czasu i kombinować kierowcę, który zawiezie Parę Młodą, która jest już przynajmniej po pierwszym „sto lat” i chociaż po jednej „gorzkiej wódce” na sesję. Skutkiem czego okazuje się, że na zdjęcia zostało nam całe… 15 minut ;] To naprawdę mało czasu, by stworzyć sobie na tę chwilę nastrój, przypomnieć o co chodzi w tym dniu i tej uroczystości, pokazać to gestami, bliskością, czułością.

Po piąte: PROBLEMY TECHNICZNE

Po pierwsze pogoda: a co jeśli nie dopisze w dniu ślubu? Bo jeśli nie dopisze w dniu sesji, to zawsze można ją przełożyć, ale skoro już zostało ustalone, że sesja ma się odbyć w dniu ślubu i wszystko zostało do tego dopasowane, to co teraz? I jest jeszcze parę innych drobiazgów: zwykle zamykają się do zbioru, w którym jest suknia oraz buty Panny Młodej 😉 I powiem szczerze, że ja się wcale nie dziwię. Ja też bym wolała iść do ślubu w czystych butach i w nie porwanej oraz zupełnie suchej sukni! :O A ta Fotografka jedna ciąga Parę Młodą po jakichś krzorach, każe im się kłaść na deskach, biegać po trawie, łazić po błocie, zdejmować buty. No halo! Taaaak! Sztuka to poświęcenie! Trzeba się w nią zaangażować całym sobą 😛 I nie wystarczy, że zrobi to fotograf. Para Młoda musi zrobić to samo, bo inaczej nie będzie efektu. Przecież ja Was prowadzam po takich miejscach i proszę Was, byście się poddali moim sugestiom nie ze złośliwości, tylko przecież dlatego, że chcemy mieć coś pięknego, niepowtarzalnego, klimatycznego. A tego się nie da osiągnąć pracując na pół gwizdka. Po prostu się nie da :(

MOJA propozycja

Dlatego poza naprawdę wyjątkowymi przypadkami (naprawdę wyjątkowymi!) sesja ślubna innego dnia jest jedynym właściwym rozwiązaniem. Tak, jest to odrębny koszt, ale lepiej mieć tę sesję innego dnia. Albo nie mieć jej wcale. Tu naprawdę nie ma półśrodków. U mnie wygląda to tak, że na taką sesję trzeba zarezerwować sobie całe popołudnie – właśnie po to, by się spokojnie do wszystkiego przygotować i nie mieć spiny czasowej. Do tego make up ślubny dla Panny Młodej jest już w cenie sesji. Jeżeli suknia jest prosta i zwiewna – włosy mogą zostać rozpuszczone, ważne aby były świeże i „sypkie”. Jeżeli suknia jest wypożyczana – to i tak zwykle salony ślubne dają jakieś 2-3 dni na oddanie jej. Czasem wystarczy dobrze pogadać z paniami, by ten czas wydłużyły 😉 Jeżeli Wasz salon robi Wam trudności, to naprawdę pomyślcie nad zmianą salonu (serio! Ale napiszę o tym więcej innym razem). Założenie ponownie na siebie strojów ślubnych powinno sprawić Wam przyjemność: obecnie garnitury mogą być ładne i wygodne, stylowe i nie krępujące jednocześnie. Gorzej jest z suknią, ale umówmy się – jeżeli jest tak piękna, jak sobie wymarzyłaś, to wszystko idzie znieść! 😉 Jeżeli to tylko możliwe, poproście kogoś, by Was przywiózł autem i potem odebrał, pozwoli Wam to na np. lampkę wina albo delikatnego drinka. Rozluźnicie się, wprawicie w dobry nastrój. A potem to już tylko sesja i sesja! 😉 Czyli dużo śmiechu, dobra zabawa, zero stresu, zero spiny czasowej, zero zawracania sobie głowy tym, czy suknia będzie bielusieńka, a buty nieubłocone. Tak się pracuje! I tak się wygrywa! 😉

P.S. Tak oczywiście, od części tych reguł znajdą się wyjątki. Zdarzają się przypadki, że ustalona na dzień ślubu sesja – wypali, zadziała, wszystko będzie super, tylko…. tylko czy jest sens ryzykować ? :O