Pisałam Wam niedawno o tym, że odkryłam swoje powołanie i obiecałam zdradzić o co chodzi tym, którzy są tej wiedzy spragnieni. Zatem: odkrywam karty 😉

Słów kilka o metodzie „sweet spotów”:

Przede mną tabelka. Pierwsza z dwóch. W niej wypisałam około 30 swoich sweet spotów (o tym, co to w ogóle jest pisałam w „Kryzysie w raju”). Odnalezienie pierwszego było najtrudniejsze, potem już jakoś poszło. W pierwszej rubryce – jednozdaniowe hasła. W drugiej – dokładny opis każdego sweet spota przy pomocy możliwie największej ilości czasowników i rzeczowników (minimum 6 zdań). W trzeciej: jednozdaniowo opisana satysfakcja. Wrzucam Wam jednego ze swoich sweet spotów, żebyście mieli pogląd na sprawę bardziej praktyczny.

20160427_101122aaa

Potem druga tabelka. I w niej 5 kolumn: STORY (czyli wypisane wszystkie czasowniki ze wszystkich opisów sweet spotów), TEMAT (czyli wszystkie rzeczowniki), OKOLICZNOŚCI (wypisanie okoliczności, które zawsze towarzyszą tym sweet spotom) RELACJE (w jakich relacjach do innych ludzi jesteśmy przy tym – np. zawsze sami, albo w małej grupie, dowodzimy, podlegamy itp.) i ponownie SATYSFAKCJA.

Przerobienie tych kilkudziesięciu sweet spotów jest dosyć czasochłonne i żmudne, ale wyniki potrafią naprawdę zaskoczyć. Ja od bardzo dawna myślałam o sobie wyłącznie jako o fotografie (Fotografce 😉 ). Lubię robić zdjęcia, całkiem mi dobrze z moją pracą, która jest poniekąd moją pasją. I gdyby nie nagły kryzys twórczy pewnie nigdy nie wylazłabym z tej skorupy, dłubiąc sobie do końca życia w bardzo przeciętnych fotach 😀 I proszę, nie krzyczcie na mnie, że się nie znam, że jestem wobec siebie zbyt surowa. Nie jestem. Jestem właśnie maksymalnie obiektywna. Patrzę na swoje prace – szczególnie te ślubne – i patrzę na prace innych fotografów i nie zostaję w tyle do średniej, ale również jej nie wyprzedzam. Nieco inaczej ma się sprawa z moją fotografią kobiecą, ale to jeszcze inna kwestia, ponieważ właśnie tutaj wkracza to coś, co odkryłam ostatnio :)

Moje osobiste sweet spoty skupiają się wokół kilku rzeczy:

Poziom 1 = SPRZĄTANIE

Zaskakujące, co? A jednak! Mam w przeszłości parę takich momentów, które wcale nie napawają mnie myślą: „O matko! Ile to było sprzątania” albo „ło jeny remont, co za masakra”. Wręcz przeciwnie. Moje ostatnie przeprowadzki kojarzą mi się z niesamowitym zorganizowaniem. Rozpakowanie rzeczy na nowym mieszkaniu zajęło mi… DZIEŃ. Tak, właśnie.
„WOW” jakie wywołało nasze świeżo wyremontowane mieszkanie to kolejny punkt. A ja miałam takie poczucie spełnienia, jakbym wygrała konkurs na najpiękniejsze mieszkanie na ‘dzielni’ 😉 Nawet głupie sprzątnięcie kuchni albo łazienki w moim domu rodzinnym, to było takie właśnie na końcu „ach”: nie tylko wszędzie czysto i świeżo, ale każda rzecz ma swoje miejsce, bardzo specjalne, w bardzo specjalnym układzie do innych rzeczy 😉

Poziom 2 = OBLICZENIA

Kolejne zaskoczenie? Umysł humanistyczny, któremu ogromną radochę sprawiały zadania z dynamiki, szukanie danych, przeliczniki genetyczne itp. Gdy mi się strasznie nudziło na wykładach, to wymyślałam sobie jakąś liczę 6-7 cyfrową, którą dzieliłam na jakąś liczbę 3-cyfrową do …. trzydziestego miejsca po przecinku 😀 Taki fan na zabicie czasu 😀

Poziom 3 = ORGANIZOWANIE (SIĘ)

Przez większość mojego dotychczasowego życia wydawało mi się, że muszę mieć szefa, bo inaczej się nie ogarnę z niczym. Ktoś przecież musi stać nade mną z batem, żebym się uczyła, odrabiała lekcje, przygotowała na zajęcia, zrobiła w pracy to, co trzeba zrobić. Nic bardziej mylnego! Nigdy nie byłam tak pilna, tak sumienna, zorganizowana i systematyczna, niż teraz, gdy sama sobie jestem szefem. A na dodatek uświadomiłam sobie, że zawsze miałam dryg do organizowania różnych różności: od imprezy domowej, przez wyprawienie Mężowi wiekopomnych urodzin, organizowanie za każdym razem sesji zdjęciowej (o tym jeszcze kiedyś napiszę), na pomocy moim parom ślubnym przy ogarnięciu ich najważniejszej uroczystości skończywszy. Z jakiegoś powodu ja po prostu zawsze wiem co powinnam zrobić najpierw, co potem, a co mogę zlecić komuś innemu (aczkolwiek niechętnie, bo jestem z tych, co zawsze sama, sama). Po prostu wiem – taki Boży Dar :)

Poziom 4 = POCIESZANIE

Wydaje się, że bez związku z poprzednimi spotami, a jednak… Czuję ogromną satysfakcję za każdym razem, gdy pochylam się nad człowiekiem a on potem się uśmiecha. Nie ma to nic wspólnego z litością. Tym, którzy już poznali tę stronę mnie, muszę szepnąć słowo wyjaśnienia: mam ogromny wewnętrzny impuls do podchodzenia do ludzi, którzy są smutni, źli, przygnębieni. Dzieje się to niemal poza udziałem mojej woli 😉 I naprawdę nie chodzi o to, że wyglądacie jakoś żałośnie, czy coś i teraz jakaś taka Kaja się nad Wami lituje. Nic z tych rzeczy. Ja po prostu za każdym razem czuję, że muszę to zrobić: wysłuchać Was, wesprzeć. I zawsze wiem też, co powinnam powiedzieć. Chociaż wielokrotnie wcale nie polega to na trzymaniu za rękę i powtarzaniu „wszystko będzie dobrze”. Część mojego mózgu jest jednak w wysokim stopniu analityczna: jeżeli analiza danej sytuacji mówi mi „jest źle” to mówię „jest źle i żeby było lepiej, trzeba zrobić to, to i tamto”. Wiem, to ogólnie obrzydliwe z mojej strony. Z resztą część ludzi się na mnie obraziła z tego tytułu 😛 Ale wystarczy poczuć raz, na jakiś czas, że ktoś dzięki temu się uśmiechnie, „zajaśnieje” i to jest lepsze, niż najlepsze podziękowanie :)

THE BEST OF THE BEST z moich sweet spotów to…. Zorganizowanie mojego drugiego ślubu. Pierwszy był niewypałem z wielu względów (za młoda byłam i w ogóle 😛 ). Trzeci był ogarniany na szybko i o inne rzeczy w nim chodziło, bardziej duchowe, niż o samą uroczystość. Ale ten drugi…? Ten drugi był MEGA! Za każdym razem, gdy pomyślę jak to wszystko zrobiłam: jak ściągnęłam ciasta spod Warszawy, jak znalazłam sobie sukienkę a Radkowi wymyśliłam garnitur, sama zrobiłam zaproszenia, to mam w głowie takie wielkie i dźwięczne „ech”. Miałam specjalny zeszyt z rozpiską na cały rok: co i kiedy i jak trzeba ogarnąć, żeby było dobrze. I potem popatrzyłam na swoje gotowe dzieło i stwierdziłam: „jest bardzo dobrze!” 😉 W żadnym momencie swojego życia nie czułam się tak spełniona, jak wtedy, przez cały rok przygotowań, gdy byłam nieustannie w swoim żywiole.

Podsumowanie:

Na pierwszy rzut oka każdy z poziomów dotyczy czegoś innego i nie mają związku ze sobą. I z takim przekonaniem chodziłam parę ładnych dni, rozmyślając nad tym, że… no ja nie wiem… to mam zacząć sprzątać ludziom łazienki, według wyznaczonego wzoru matematycznego, a na odchodnym szepnąć im do ucha jakąś śmiałą myśl na pocieszenie…? No przyznajcie sami, że nie brzmi to zachęcająco! 😀

„WIEM” przyszło nagle i niespodziewanie. I to było naprawdę takie „wieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeem!!!!!!!!!!” 😉

Zatem pozwólcie, że się Wam przedstawię:
Jestem WSZECHOGARNIACZEM CHAOSU.
Pewnie część z Was od razu to zauważyła, ale takie refleksje mają to do siebie, że nam samym nas samych najtrudniej przeanalizować 😉 Ale kiedy popatrzy się na mnie jako na takiego właśnie ogarniacza, to wszystko wtedy zaczyna pasować – puzzelki wskakują na swoje miejsce.

I co w związku z tym? Ano muszę zacząć działać. Mam nawet pomysł. Zobaczymy, czy się przyjmie. Przerażonych uspakajam: nie, nie zamierzam zupełnie zerwać z fotografią. To, co robię w fotografii kobiecej ma swoje szczególne miejsce w tym wszystkim. Uświadomiło mi to wiele kobiet, z którymi miałam przyjemność pracować.  Zostanę więc przy tym oczywiście, ale zamierzam zająć się też innymi rzeczami 😉 Brzmi tajemniczo…? Dobrze! 😀

Bo to na razie początek drogi. To dopiero pierwsze U (UŻYJ) z „Teorii Trzech U” lekarza spragnionych umysłów – Adama Szustaka OP. Jeżeli kogoś to wciągnęło i chce się dowiedzieć o co chodzi z pozostałymi „U” – zachęcam do lektury całej Wielkiej Ryby.

P.S Zdjęcie wyróżniające tekst jest bez znaczenia – miało tylko przyciągnąć Waszą uwagę 😉
Ale ważne jest to, że zrobił mi je w staaaryyych czasach Jarek Poliwko.